Pierwszy dzień - Enjoy the trip!
Odlot z Düsseldorfu o 07.00 rano. Kiedy dolecieliśmy do Madrytu w południe
wszyscy byli na tyle przytomni, że podjęto decyzję aby zrobić sobie krótką
wycieczkę taksówką do miasta i wykorzystać sześciogodzinną przerwę w podróży.
Dostajemy się metrem do centrum gdzie właśnie odbywa się największe święto
w mieście: dzień patrona Madrytu Św. Izydora. Znaczyło to przepełnione kościoły
jakby na drugi dzień miał być koniec świata i wszyscy błagali o odpust. Reszta
mieszkańców tłoczy się pod barami i knajpami z tapas żeby spędzić przy piwie
i winie ten święty dzień. Faust, Wölli i cała reszta przyłącza się z chęcią.
Tak też można świetnie pożyć.
Tylko Vom musiał wracać na lotnisko wcześniej - on jako pierwszy zgubił swój bilet. Popołudniu nasz samolot startuje do Hawany. Z Vomem i jego nowym biletem ale gdzie jest Campino pytają współpodróżni?
szczęśliwy na pokładzie
samolotu: Vom
Rozwiązanie jest proste. Kto zna naszego wokalistę wie również o jego płomiennym uczuciu do FC Liverpool. Ponieważ dzień później na stadionie w Dortmundzie odbywa się mecz finałowy Pucharu UEFA pomiędzy hiszpańskim klubem z Alaves i FC Liverpool, Campino podejmuje niełatwą decyzję. Aby nie przegapić historycznego momentu decyduje przybić do innych dwa dni później. Dla dozgonnego fana Liverpoolu jest to właściwa decyzja ale o tym później.
Przybycie do Hawany po prawie dziesięciogodzinnym locie i bez przygód. Trochę burzliwiej jest w naszej "angielskiej frakcji"- Vom, szczęśliwy jeszcze z powodu nowego biletu (szeptano, że Wölli wyjął mu po kryjomu bilet z kieszeni i wyrzucił do kibla żeby na Kubie jeszcze na jakiś czas zasiąść za perkusją) świętował spotkanie z naszym oświetleniowcem Tomem "Happym" Nultym.
centrum Hawany:
Andi & Vom
Prawie cały bagaż doleciał z nami tylko walizki naszego roadiego od gitar - Noppiego- zawieruszyły się gdzieś po drodze. Nasz kierownik trasy Kiki jest znowu żenująco przeszukiwany przez celników (" teraz przynajmniej mogłem zostawić majtki na sobie") a Manfred, szef techniki, uniknął jak dotąd regularnego przeszukiwania bo celnik dopatrzył się tatuażu z Che Guevarą i machnął ręką przyjaźnie.
W hotelu jeszcze po szklaneczce Cuba Libre i do łóżek...
Pozdrowienia, Wasz DTH
|